poniedziałek, 6 października 2014

Alter Biego.

      Ostatnimi czasy moich rąk coraz częściej ima się kamera. Nie mam nic przeciwko temu. Zaczynam dostrzegać coraz większą przyjemność rejestrowania emocji podczas zawodów. Wszystkie moje pomysły filmowe od których zaczynałem zdają się ewoluować w projekty o bardziej wyrazistych kształtach- przynajmniej na moim amatorskim poziomie. Zapraszam do mojego kanału na YT.  
      Mój sezon biegowy co prawda dobiega końca, jednak zostało co nie co do zrobienia w tym miesiącu. 
      Na początek Maraton Bieszczadzki w nadchodzący weekend. Plan jest następujący- oszczędnie z siłami! Powodem jest cel główny, czyli Łemkowyna Ultra Trail w wariancie 70 kilometrów w ostatnią sobotę października. Wszystko to przedzielone półmaratonem w moim rodzimym Kampinosie. Niezrażony dokuczającymi mi w tym sezonie kontuzjami zamierzam stawić się dzielnie na starcie wyżej wymienionych i zrobić co do mnie należy. 
      Jadę w moje ukochane góry!

środa, 10 września 2014

...reszta jest kwestią czasu.

      Jedenaście miesięcy temu podjąłem decyzję, że wystartuję w Biegu Siedmiu Dolin na Festiwalu Biegowym w Krynicy- Zdrój. Impreza tego roku w randze Mistrzostw Polski- stukilometrowy ultramaraton startuje rokrocznie z Krynickiego deptaka i skrętem w prawo o 3 w nocy kieruje biegaczy w pasmo górskie, oczywiście niewidoczne w smolarnej ciemności.
      W tym roku świt zawitał nade mną ok. 5:30. Można było wreszcie zorientować się w otoczeniu. U podnóża okolicznych szczytów miękką pierzyną kładła się mgła. Sądzę, że byłem przygotowany optymalnie na te zawody. Tempo było dobre. Po 25 km nie czułem zmęczenia. Dopiero w rejonach połowy podejścia na Radziejową, czyli ok 44 km zakładałem większe poczucie trudu w nogach.
Rytro
       Niestety- 27km, czyli zbieg z Łabowskiej Hali do Rytra stał się dla mnie ostatnim odcinkiem ścigania. Kontuzja zabrała mi nadzieję na kontynuowanie zawodów. Po kilkusetmetrowej próbie biegu ze skręconą kostką zrozumiałem, że tak się nie da. Ból po chwili wymusił na mnie marsz, a potem kuśtykanie. Zaaplikowałem prochy przeciwbólowe od znajomych oraz bandaż. Bardzo dziękuję Rafałowi i Wojtkowi za oddanie swojej racji, bo w sumie miałem swoją apteczkę.
       Kostka po poważnym urazie w ostatnią wiosnę nie trzymała jak się okazało dostatecznie mocno i na zdawałoby się lekkim zbiegu znienacka zaczęła myszkować i ugięła się. Takie rzeczy się zdarzają- każdy to wie. Nie zmienia to faktu, że ból i smutek towarzyszący mi w około godzinnym zejściu z pasma na przepak (oraz metę dyst, 36km) w Rytrze zapamiętam na długo jako pierwszą większą porażkę. Z trasy schodzili z powodu kontuzji nie tacy zawodnicy jak ja- Piotr Hercog czy Ewa Majer musieli opuścić trasę z powodu skręcenia kostki, właśnie , jak i z odwodnienia oraz skurczy. Pokory trzeba się uczyć. Ale dobrze, im szybciej dostanę po tyłku tym lepiej dla mnie.
3 w nocy- chwila do startu 

       Plusów trzeba szukać natychmiast! Autobus-hotel i doczłapanie się na linie Krynickiej mety z kamerą było moim następnym celem. Spora dawka leków przeciwbólowych statyw i kamera...no i działamy. Wraz z finiszem wygrywającego Marcina Świerca i radością wpadających na metę ultrasów zacząłem nabierać dystansu do porażki i bólu kostki a zaczęła rozpierać mnie radość z sukcesu innych. Zrozumiałem sens mojego nagrywania takich momentów- są bardzo ulotne a jednocześnie bardzo cenne. Przy pracy nad montażem przeżywam to wszystko po kilka razy w kółko przy monitorze i edytorze FILM.
            Sport to czasem wielki smutek. Włożona praca, okupiona rezygnacją z tak wielu rzeczy, ozdobiona potem i łzami nie zawsze daje pewność zwieńczenia sukcesem. Nic nie jest jednak w stanie przyćmić radości i euforii towarzyszącej na mecie! W zasadzie do tego stanu podświadomie wszyscy sportowcy dążą. Taka chwila potrafi być do tego stopnia naładowana emocjami, że jest w stanie wysycić organizm siłą i energią na długie, długie miesiące przygotowań w trakcie sezonu i poza, nim.
Z Marcinem fot. SięTrenuje
       Biegi górskie czy ultra to wciąż jeszcze nisza w Polsce. Zamknięty, eklektyczny świat tej morderczej dyscypliny mentalno- sportowej ma wielkie szanse rozwoju w naszym kraju. Myślę, że przez większość swojego życia gdzieś głęboko poszukiwałem czegoś takiego jak ultrarunning wraz z jego całą otoczką. W zasadzie mój fundament wewnętrzny zawsze szukał zmierzenia się z takim wyzwaniem. Dziś jestem na najlepszej drodze do własnego sukcesu...nawet, teraz gdy obok mnie na krześle spoczywa moja skręcona noga. Świat jest piękny. Celujmy wysoko i pracujmy ciężko...reszta jest kwestią czasu.



Plany na ten sezon jeśli noga pozwoli:

Biegnij Warszawo-10km (5.10)
Maraton Bieszczadzki- ok.53 km, przewyższenie 1500m (12.10)
Półmaraton Kampinoski- ok.22km (18.10)
Łemkowyna Ultra Trail- wariant 70 km, przewyższenie 2250m (25.10)

czwartek, 4 września 2014

W przeddzień Biegu Siedmiu Dolin.

      Życie jest trudne- to jedyna pewność.
Życie to nieustanne ignorowanie bólu, zmaganie się z nim i uwalnianie się od niego. Życie to radość do łez, strach i euforia.
      Życie jest brutalne ...ale tylko my możemy uczynić go pięknym. Walczmy o nasze marzenia.

      Za kilkadziesiąt godzin mój start na 100 km w Biegu Siedmiu Dolin. To będzie takie życie w pigułce. Walka!

      Wiem, że w pewnym momencie nie będzie miało znaczenia to kto jest mocno wytrenowany, silny czy szybki. Jest taka granica gdzie liczy się tylko to jak bardzo chcesz wygrać...to jak bardzo jesteś przekonany o tym, że jesteś w stanie to zrobić.
      Do zobaczenia na mecie w Krynicy- Zdrój!

Pakujemy się!



niedziela, 17 sierpnia 2014

Grubo na Chudym.

      Miaaałłł...chrypliwe skrzypnięcie drzwi i jestem w szkolnej sali w miejscowości Ujsoły. Wchodzę, poznaję w cienkiej łunie latarki bielące się trampki kolegi. Dobra wczłapałem się do właściwej sali i kładę się na zarezerwowanym przez kolegów miejscu dla mojej spóźnionej osoby. Tu na tzw. glebie miałem się przespać dwie i pół godziny. Dojechałem na 23:00. Zasnąłem po godzinie, a pobudka o 2:!5. Sam start o 4:00 rano z miejscowości Rajcza, gdzie dowoziły nas autokary.
Start. Zdjęcie. fotomaraton.pl
      Wysadzili nas mówiąc delikatnie w rześką noc. Chwila dygotania i rozgrzewka na chwilę dała ulgę zmarzniętym kończynom. Start. Ruszyliśmy w czerwonej łunie światła rac. Oślepienie zamieniło się w mroczki na tle ciemnych gór. Czołówki mignęły- polecieliśmy w noc. 
      Na tym etapie leciało się z planem na 80
Zdjęcie. fotomaraton.pl
km. Tempo wolniejsze niż zakładałoby się w przypadku krótszej trasy. Jednak już po świcie i pierwszym mocnym słońcu wszystko się powyjaśniało. Dziś nie dam rady. Lampa była straszna. Wychodząc na autokar w ostatniej chwili zdecydowałem się na zostawienie kijków. Okazało się to wielkim błędem w obliczu moich braków siłowych na podejściach. Na szczycie Wielkiej Raczy sprawa była już jasna. Nie walczę tylko robię mocny trening na 50 km. Po 40 minutowym popasie ruszyłem do mety.  Nie czułem się z tym dobrze psychicznie, ale tak było najrozsądniej. Wyciągnąłem wnioski. Wracam do "przerzucania żelastwa" zwłaszcza na uda. Doświadczenie, to taka rzecz, która przychodzi z czasem tak samo, jak uzupełnienie braków np. siłowych. 
Zdjęcie. fotomaraton.pl
     Co do widoków- przepiękne! Wyjątkowo udało się nie trafić na burze i deszcz jak to jest już w zwyczaju na tej imprezie.
       To tak krótko o Chudym Wawrzyńcu.
      Za trzy tygodnie 100 km w Biegu 7 Doli i walka na śmierć i życie. 
To jest mój cel od października zeszłego roku.

Film niebawem.

Miłego! 

Zdjęcie. Piotr Dymus.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pod dymiącymi ścianami ...czyli lipcowy trening w Tatrach.

  
Wschód słońca na Rysach.  Fot. Jimmy.
       -Poproszę kluczyk do Gazdówki. Zwalistym ruchem zaległem na łóżku. Schronisko w Morskim Oku właśnie przeżywało najazd spragnionych tatrzańskich widoków "klapkarzy". -No dobra, czas coś zjeść, ogarnąć się ...i ruszać na trening. FILM
      Z rejonu, który wybraliśmy dało się wycisnąć kilka ciekawych treningów. Jeden dość spory vertical- bo na Rysy oraz rejony Pięciu Stawów ze Szpiglasowym Wierchem, rejony Dolinki za Mnichem wraz z Wrotami Chałbińskiego. Ci co przyjechali dzień przede mną zaliczyli trening na Czerwonych Wierchach. Zdaje się, że najlepszym wyszło w granicach 70 km po górach i więcej na tym mini obozie. Pogoda jak na góry była łaskawa. Standardowo do południa zawsze stabilna, a pierwsze dni lampa totalna. Ostatni dzień urwanie chmury. Pobudki już od 4 rano, często do wieczora aktywnie na nogach. Jak to na obozach, czy wyjazdach i barowe klimaty się znalazły. Generalnie natłukliśmy z grupą mocne kilometry. 
Jelonek  Fot. Jimmy
      Nie miałem czasu skupić się na estetyce Tatr, wsłuchać się w nie jak mam w zwyczaju. Jedyne co pamiętam, to przemykające szybko pod nogami kamienie. Wyjazd był na biegowo i tak przeminął.
Rysy
      Oczywiście, plany następnego wyjazdu już są. Tym razem za bazę chętnie wybiorę schronisko Murowaniec w Dolinie Chochołowskiej. Generalnie trening w rejonie docelowym to najlepsze co można zrobić dla poprawy wyników.
W dodatku będąc jeszcze w kontakcie z naturą ...to dla mnie bajka.


...z górskim pozdrowieniem
Chrisactive 

środa, 9 lipca 2014

Zanim zawali się góra najpierw spadają kamienie...i to jest ostrzeżenie. Supermaraton Gór Stołowych 2014.

Kolejne plany w głowie.
      "Zanim zawali się góra najpierw spadają kamienie... i to jest ostrzeżenie" - KA HANCOCK
      Ból nie miał końca. Uda piekły tak bardzo jakby ktoś wsypał pomiędzy każdy akson mięśni piasek wymieszany ze zmielonym szkłem. Co za koszmar- pomyślałem. W dodatku blisko trzydziestostopniowy upał wylewał się spomiędzy koron drzew, a na polanach przygniatał wręcz do ziemi. Bieganie maratonów ulicznych nie ma kompletnie z tym nic wspólnego. Trzeba było cisnąć. FILM.

     Historia startu w najtrudniejszym biegu górskim na tym dystansie w Polsce zaczyna się 3 dni przed samym startem, kiedy to dopada mnie kontuzja- podczas treningu. Odzywa się dysk w w kręgosłupie. Uraz sprzed dwóch lat, kiedy to spada na mnie ciężar i paraliżuje mi prawą nogę na 3 miesiące daje o sobie nagle znać. Niezachwianie, jednak wierzę, że w trzy doby dojdę jako tako do siebie. Przetrenowałem się- myślę sobie. Zbyt wiele kilometrażu po urazie stawu skokowego nałożyłem na siebie. Chciałem nadrobić zaległości po półtoramiesięcznej absencji sportowej, gdy, to skręciłem staw skokowy na treningu w Górach Świętokrzyskich. Nic to- kładę się spać z wałkiem pod nogami a w noc przed wyjazdem na zawody śpię na podłodze z nogami na łóżku odciążając w ten sposób kręgosłup. Zasnąłem z głową wśród spakowanego bagażu.

Szczeliniec Wielki o zachodzie słońca.
      Nie wyobrażam sobie startu w ulicznym maratonie, a co dopiero w MGSie po górach na 50 kilometrów. Wraz z dotarciem na miejsce odparował ze mnie stres, a tym samym ustąpiło lekko napięcie mięśni na plecach. Jeśli, to się uda to będzie to jakieś wariactwo.
      Start rozpoczął się o 10:00. Dobra- kalkuluje sobie- jak na razie na prostej plecy są ok. Jednak już po 6 kilometrze trasy wiedziałem, że nogi są ciężkie i zmęczone. Zaniepokoiłem się. Krzysiek- Ty durniu. Coś ty sobie myślał wcześniej. Posypałeś się na sam start. Brakowało mi świeżości. Trudno jak walka, to walka. Plecy przypomniały o sobie na pierwszym większym zbiegu. A przy każdym następnym powiększały ekspansję bólu na coraz większy obszar. Każde tąpnięcie promieniowało czasami aż do oczu powodując mgiełki. Farmakologia poszła w ruch, ale nie na wiele się zdała. Tym czasem piękno trasy atakowało mnie swym urokiem. Dawało nadzieję i pozytywnie nastrajało. To był mezalians radości, nerwów, bólu i nadziei.  Na 25 kilometrze skończyły mi się rezerwy w nogach i zdałem sobie sprawę, że holuje mnie już tylko koleżanka. Zbieg w okolicach Skalnych Wrót spowodował, że ból z uciskającego dysku zaczął promieniować po żebrach i sprawił, że każdy większy oddech dawał uczucie kłucia. Jezu- jak tu oddychać. Zacząłem się śmiać. Przecież to nie możliwe, że mogłem się znaleźć w takiej sytuacji. 
      Mówi się, że biegi ultra długie, to sport umysłowy. Trzeba się z tym zgodzić. W granicach 36 kilometra została mi już tylko głowa. Ciało było tylko workiem mięsa, a nie maszyną, która zazwyczaj napędza mnie do przodu. Pomyślałem o kolorowych latawcach puszczanych w dzieciństwie. Wesoło połyskujące na lekkim letnim wietrze unosiły się zwiewnie i bez wysiłku. Coraz bardziej przemawiałem do swojego wnętrza. Koordynacja poszła w rozsypkę. Naprawdę trzeba było się zmuszać do kolejnych kroków. Mięśnie ud były jak poobijane pałką. Tępy ból i nic więcej. Na punktach żywieniowych na chwile wracała ostrość umysłu. Już ze stu metrów dało się poczuć zapach cytrusów, bananów i arbuzów. To wszystko niczym oazę na pustyni trzeba było czym prędzej opuszczać i ruszać dalej pod górę czasami niemal tak stromą, jak wejście na drabinę. 
      Ostatnie kilometry- jeszcze trochę, jeszcze trochę. Karlów i wreszcie z kilometr jakiegoś asfaltu. Moje plecy odetchnęły lekko a ja wraz z nimi. Jednak podejście na Szczeliniec pamiętam już słabo. Ponad 600 schodów skopało mnie solidnie. Wpadłem na metę ostatkiem sił po 7 godzinach i 26 minutach biegu. Piwo od organizatorów i uśmiechnięte twarze znajomych zadziałały jak afrodyzjak. Znów byłem na planecie Ziemia. Wróciłem do żywych. Tego dnia odkryłem nową granicę. Pewne ukryte drzwi w zdawałoby się od dawna już zamieszkałym domu. 

Paczka przed startem.

      Ciało ludzkie jest w stanie znieść wiele przy odpowiedniej motywacji. Ba, może o wiele więcej niż nam się wydaje. Wszystko jest w głowie. Ten sport jest piękny. Piękny jak nie wiem co. Człowiek staje się sprawniejszy a przy okazji bardzo się wzbogaca wewnętrznie.

   
      Przed startem, inaczej wyobrażałem sobie to, co tu napisze. W dużej części sam jestem sobie winien. Posypały się kamienie ze wspomnianego cytatu. Na szczęście góra się nie zawaliła.
      Następny przystanek Chudy Wawrzyniec 80 km w sierpniu.

wtorek, 1 lipca 2014

Bieganie, zwiedzanie a wieczorem wino i sex.

      Dlaczego bieganie jest FAJNE? Przede wszystkim dlatego, że takie jest! Świadomość, że jesteś w stanie przemieścić się w miarę sprawnie na względnie dużą odległość o własnych siłach sprawia, że człowiek czuje się, chociażby pewniej, na co dzień. Słyszeliście o wycieczkach biegowych? Spacery biegowe, randki stają się realne w tej właśnie formie. Jak w weekend zwiedzić np Paryż? Najszybciej i najsprawniej biegowo. Bieganie, zwiedzanie, a wieczorem wino i sex. Dlatego bieganie jest fajne.

      To było słów kilka o niesportowych aspektach biegania. Zmusiły mnie do przemyśleń wpadające w ucho niekiedy pytania od ludzi sceptycznie nastawionych do tej formy ruchu. Po co biegać, szkoda zdrowia, serce Ci wysiądzie, szkoda kolan. Jedyne co szkoda, to szkoda gadać...bo to bzdury. Każdy kiedyś nie biegał, a jednak są tacy, co to robią...a cała reszta chciałaby to robić. Po co więc bzdurzyć? Wyjdź ze strefy komfortu drogi czytelniku i spraw, że poczujesz to od dawna oczekiwane uczucie spełnienia i radości. "Nie przestajemy biegać dlatego, że się starzejemy tylko starzejemy się dlatego, że przestajemy biegać".

     
     Takie dwa słowa na koniec dnia. 
     Tym czasem regeneracja, bo w sobotę Maraton Gór Stołowych.

    Ps. Nie jestem w Paryżu.